Opisy miesięcy

Maciej Kubuj

Styczeń – KORONAWIRUS JEST RÓŻOWY

– W jakim kolorze jest koronawirus?
– Dla mnie koronawirus jest różowy i ma konsystencję galaretki.
Podobno wizualizacja obniża poziom stresu!

Maciej Kubuj jest absolwentem Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, ale od 2004 roku żyje z fryzjerstwa. Już jako 15-latek strzygł włosy koleżankom i kolegom na podwórku na Suchaninie, a potem studentkom i studentom Akademii Muzycznej, gdzie dorabiał w punkcie ksero. Dziś zatrudnia czterech pracowników.

– Odpocznę, pomyślałem, gdy rząd ogłosił, że trzeba zamknąć zakłady fryzjerskie – opowiada Maciej. – Po tygodniu zaczęły się lęki. Śmiałem się, a za chwilę miałem migotanie przedsionków, nie mogłem złapać powietrza. Budziłem się o 5.30. Miałem tak silne skurcze żuchwy, że trafiłem do lekarza. Nie bałem się nawet o siebie, ale o to, że będę musiał zwolnić ludzi.

Regularny rozkład dnia i warsztaty terapii zajęciowej, czyli powrót do źródeł – malarstwa, kolażu, grafiki, okazały się dla Macieja antidotum na pandemiczne lęki. Powstało dziewięć prac, dla których inspiracją są stocznia, miasto i światło.
– Wstawałem około ósmej rano, kawa, papieros, toaleta i serwis informacji pandemicznych. Potem spacer, nawet 12 kilometrów wokół stołu i ćwiczenia przy użyciu gum oporowych. Druga kawa i około południa siadałem do malowania. Bywało, że podnosiłem głowę, a za oknem było już ciemno.
Przed Wielkanocą przyszła propozycja zrobienia ilustracji do książki dla menedżerów salonów beauty.

– Pandemia dała mi możliwość lepszego poznania samego siebie. Nauczyła, że nie warto rezygnować z pasji, niczego nie można odkładać na później, trzeba cieszyć się małymi sprawami – mówi Maciej. – Chcę otworzyć strefę twórczą, gdzie będzie można skorzystać zarówno z usług fryzjera, jak i makijażystki czy nauczyć się strategii skutecznego planowania albo jak radzić sobie ze stresem.


Oliwia Wróblewska

Luty – CARDIACA ZNACZY SERDECZNIK

– Seniorzy rozchodzili się jak ciepłe bułeczki – śmieje się Oliwia.
System był prosty. Na FB w południe pojawiał się adres seniora z opisem jego potrzeb. Kto pierwszy przejął kontakt, ten lepszy. Po kilku nieudanych próbach Oliwia ustawiła przypomnienie w telefonie, żeby na czas stawić się online.
– Jak dorwałam swoich trzech staruszków, byłam szczęśliwa!
Robiła zakupy i opatrywała rany, jak przystało na członkinię Pogotowia Harcerzy i Harcerek ZHR.

Oliwia Wróblewska uczy się w II Liceum Ogólnokształcącym w Sopocie, jako jedna z ostatnich osób w klasie zdążyła urządzić 18 urodziny. Jest przyboczną 17 Gdańskiej Drużyny Harcerek ZHR „Cardiaca”. Stawia na rozwój. Kocha podróże. Kalendarz ma wypełniony po brzegi. Rodzice wspierają ją w pasjach. Harcerstwo, największą z nich, realizują wspólnie.

Dwa pierwsze tygodnie izolacji Oliwia wspomina jak koszmar.
– Nigdy wcześniej nie nudziłam się sama ze sobą!
Na nogi postawiły ją zadania. Uruchomiono krawieckie pogotowie harcerskie, w dużym pokoju cała rodzina szyła maseczki (wyprodukowali ok. 500 sztuk). Co niedziela Oliwia śpiewała podczas mszy online dla druhen i druhów. Świadczyła pomoc sąsiedzką w ramach akcji Duszpasterstwa Akademickiego Górka przy kościele św. Mikołaja. Przeszła nawet psychologiczne szkolenie online dla wolontariuszy. Dominikańskie środowisko jest zaprawione w boju, od 25 lat prowadzi Kuchnię św. Mikołaja, zapraszając potrzebujących na obiady oraz wieczerze wigilijne i śniadania wielkanocne.

– Myślę, że w wolontariacie dostałam więcej niż moi podopieczni – Oliwia odebrała kilka lekcji.
Po pierwsze ludzie są ważni (z mnogości zajęć miała kłopot z pielęgnowaniem przyjaźni). Po drugie znalazła większe zrozumienie dla potrzeb innych ludzi, ale i własnych.
– Nie zawsze muszę wszystko, warto prosić o pomoc i trzeba stawiać granice.
Oliwia myśli o studiach psychologicznych, a potem o pracy z seniorami.


Dorota i Marcin Czyżewscy

Marzec – A jutro pan będzie?

Nerwowość klientów przyszła wraz z komunikatem o zamknięciu szkół.
– To była środa. Natychmiast pojawiła się kolejka. Ludzie kupowali ziemniaki workami – wspomina Dorota.
Normalnie sprzedawali 2–3 worki dziennie, wtedy nawet 15. Dostawca nie nadążał z dowozem. W hurtowych ilościach schodziły też jajka, cytryny, imbir i czosnek.

Dorota i Marcin Czyżewscy prowadzą stragan z warzywami i owocami przy Hali Targowej. W czasie pandemii bywało, że z 13 stoisk otwarte były tylko 2–3. Marcin nie zamknął swojego straganu nawet na jeden dzień, Dorota przez pierwsze dwa tygodnie nie opuszczała domu.
– Marcin to lekkoduch, a ja po prostu się bałam, nieustannie śledziłam wiadomości, widziałam rosnącą liczbę zachorowań – wspomina Dorota. – To było jak film science fiction, tylko na żywo.

Niektórzy klienci zniknęli na długie tygodnie. Inni przychodzili rzadziej, ale kupowali więcej, bo dla kilku domów. Bywało, że Marcin rozwoził zakupy pod wskazany adres lub kompletował zamówienie przesłane esemesem i bez zbędnej zwłoki przekazywał o określonej godzinie. Mniej było rozmów, a jeśli już były, to o koronawirusie. Niektórzy nic nie mówi, ładowali siatki i znikali.
– A jutro pan będzie? – wciąż ktoś pytał.
– W oczach ludzi widać było strach przed niewiadomą – wspomina Marcin.

W czasie najbardziej rygorystycznej izolacji domowe procedury sanitarne u Czyżewskich były wyśrubowane. Dorota z córkami nie wychodziły z domu. Marcin po powrocie z pracy zdejmował odzież, a ta od razu trafiała do pralki. Sam natychmiast brał prysznic. Siatki z zakupami czekały w kwarantannie.

Jest czerwiec, ludzie już oswoili się z epidemią.
– Dzieci nie pozwalają mi wychodzić… – opowiada starszy pan, robiąc zakupy.
Nikt już nie pyta: A będziecie jutro? Wiele osób nie nosi maseczek, nie pilnuje dystansu.
– Czujecie się bohaterami?
Marcin: – Nie, nie czuję się bohaterem.
Dorota: – A ja tak, miałam poczucie, że się poświęcam.
– Słyszeliście od klientów słowo dziękuję?
Marcin: – Zdarzało się.


Marcin Wójcik

Kwiecień – Brawo dla medyków

Mówi, że wciąż kocha to, co robi, choć pracował poczwórnie. Etatową liczbę godzin wyrobił w tydzień. Bywało, że nie schodził z dyżuru przez dwie doby. Nie, nie tylu było chorych na COVID-19 czy innych trudnych przypadków, tylko kolejne zespoły trafiały na dwutygodniową kwarantannę. Dlaczego? Pacjentom zdarza się kłamać czy zatajać. Ekipa ratunkowa niewyposażona w maski, gogle i kombinezony wpadała w potrzask.
– Gdyby ratownicy zabezpieczali się na każdy wyjazd, to środków wystarczyłoby na tydzień, a pandemia trwa już kilka miesięcy… – komentuje Marcin. – Dla nas każda interwencja jest loterią.

Marcin Wójcik skończył studia z zakresu ratownictwa medycznego, ma 10-letni staż pracy. Pełni dyżury głównie w Zespole Ratownictwa Medycznego stacjonującym na Przymorzu. W maju zamiast wyrabiać nadgodziny miał z żoną wygrzewać się na plaży w Hurghadzie, pierwszy raz od dekady zaplanowali urlop z wielomiesięcznym wyprzedzeniem.

Przez trzy pierwsze tygodnie pandemicznego zamrożenia kraju liczba wyjazdów do pacjentów spadła o trzy czwarte. Ludzie bali się koronawirusa. Potem wszystko wróciło do normy, tylko procedury są bardziej wyśrubowane. Po akcji w kombinezonie jak zbroja – który ogranicza swobodę ruchu, pole widzenia i przytępia słuch – ratownik może odzież wykręcać, dosłownie, nie w przenośni.
Zdarzało się, że na widok karetki na ulicy ktoś bił brawo.
– Uważam, że to przesadzone gesty – mówi Marcin.
Potem przyszedł etap wypominania.
– Jedzenie wam się do szpitala wozi, a wy dziadka nie chcecie zabrać?! Ja na was płacę!
– Ludzie wciąż nie rozumieją, że jesteśmy pogotowiem ratunkowym. Nie wypisujemy recept ani skierowań do lekarzy specjalistów. My ratujemy życie, nie leczymy!
Na marginesie… Ratownicy też płacą podatki, niejednokrotnie więcej, bo pracują w kilku miejscach. I nie dostają dodatków jak medycy ze szpitali jednoimiennych czy zakaźnych.

Wiosną Marcin z żoną kupili działkę rekreacyjną nieopodal domu. Jesienią planują zaległy urlop, oby tylko samoloty latały.


Wiktor Sawaryn

Maj – Jak sobie radzisz?

Nie cieszyło nawet to, że można pospać dłużej. Życie towarzyskie zamarło. Domowej izolacji i nauczania online Wiktor sobie nie chwalił. Własny pokój zawsze kojarzył mu się z wolnością i relaksem, a tymczasem trzeba było wirtualnie zaprosić nauczycieli.
– Pandemia wszystko zmieniła, mój dotychczasowy świat się rozsypał – przyznaje Wiktor Sawaryn, maturzysta z XXIV Liceum Ogólnokształcącego w Osowej, radny 33-osobowej Młodzieżowej Rady Miasta Gdańska V kadencji (2019–2021).

Dzień przed tym, jak rząd ogłosił, że każdy obywatel wracający z zagranicy musi poddać się 14-dniowej izolacji, Wiktor wrócił z Czech, z wycieczki organizowanej przez program edukacyjny Erasmus+. Wtedy jeszcze nikt nie przypuszczał, że termin matur 2020 jest zagrożony.
– Nim zaczęły się lekcje, długo walczyliśmy z przeróżnymi problemami technicznymi – opowiada. –Byłem przyzwyczajony do innego systemu pracy. Wszyscy mówili: Maturzyści mają więcej czasu na powtórki. To nieprawda, powtórki w szkole z nauczycielami są bardziej wydajne. Czułem się lepiej przygotowany na maturę w maju niż w późniejszym terminie. To był duży stres.
Jak sobie radzisz? Czy potrzebujesz korepetycji? W czym ci pomóc? – dopytywał tata.
– To było bardzo miłe, ale zdarzało się kilka razy dziennie, co już bywało irytujące – dziś się z tego śmieje.

Pandemia przyniosła Wiktorowi też zapaść ekonomiczną. Przez cały rok chłopak dorabia, pracując np. przy organizacji koncertów czy meczów, a tu dzwonili kolejni pracodawcy, odwołując zlecenia.
– Pierwszy raz poczułem, jak bardzo człowiek w takiej sytuacji jest bezsilny.

Jeszcze w trakcie matur Wiktor rozpoczął kurs pilota samolotów turystycznych. Za cel studiów obrał Wydział Elektroniki, Telekomunikacji i Informatyki Politechniki Gdańskiej, gdzie o jedno miejsce zazwyczaj walczy ok. siedmiu kandydatów.


Izabela Zin

Czerwiec – Bardzo jestem z nich dumna

– Nigdy nie myślałam, że usłyszę od uczniów: My już chcemy do szkoły! – przyznaje Izabela Zin, nauczycielka języka polskiego w Zespole Szkół Łączności w Gdańsku. – Bardzo jestem z nich dumna.

Uczniowie i nauczyciele żegnali się w połowie marca krótkim: Do widzenia. Sądzili, że pandemia zatrzyma ich w domach nie dłużej niż dwa tygodnie. W Gdańsku ponad 55 tys. uczniów wraz z rodzicami oraz ponad 11 tys. nauczycieli musiało przenieść się z realu do sieci. Bywało trudno, bo dotąd nikt nauczania online nie ćwiczył. Edycja tekstów… no właśnie, jak edytuje się tekst?

Izabela Zin ma pod opieką uczniów technikum z klas I–IV, adeptów informatyki, programowania, elektroniki i teleinformatyki.
– Nie tylko dla uczniów, ale i dla mnie samej ta zmiana była wymagająca – mówi. – Wszyscy nauczyliśmy się wielu nowych rzeczy i nie mam na myśli jedynie kwestii technicznych. Wyszłam z pandemii z przekonaniem, że nawet w trudnych warunkach można prowadzić lekcje wciąż lepiej i atrakcyjniej. Zweryfikowałam tradycyjne metody. Stworzyłam wiele nowych materiałów. Ta sytuacja mnie motywowała.
Nie wszyscy uczniowie odnaleźli się w tych odmienionych warunkach. Jedni się cieszyli, że uczestniczą w lekcjach, mając na nogach kapcie, innych atmosfera domu demobilizowała. Bywało i tak, że dzieciaki nieśmiałe w realu otwierały się podczas lekcji online. Uczniowie współprowadzili lekcje. Zamiast tradycyjnych sprawdzianów pojawiły się quizy i krzyżówki. Godziny wychowawcze stały się godzinami kulinarnymi. Jeszcze w Wielki Czwartek, mimo że był to czas wolny od nauki, wymieniali się przepisami.

Izabela wie, o czym mówi, bo jest wprawna w sztuce kulinarnej. Podczas pandemii podniosła swoje kwalifikacje cukiernicze, osiągając specjalizację w wypiekach drożdżowych. Prawdziwym przebojem okazały się bułeczki z cynamonem i brązowym cukrem, skręcone jak muszelki. Na zakończenie roku od swojej klasy dostała… spaghetti alla carbonara. Wystarczyło podgrzać.


Damian Mazurowski

Lipiec - MUS CZEKOLADOWY

Damian podczas pandemii dużo czytał, biegał, ćwiczył. Niemal nie oglądał telewizji. Podczas kwarantanny przytyliśmy średnio dwa kilogramy, on schudł osiem. W czwartym miesiącu pandemii nadal ogranicza telewizję. W bagażniku auta wozi rower i codziennie po pracy robi trasę Brzeźno – Sopot.

– Co z towarem? Co z ludźmi? – pomyślał Damian Mazurowski, szef kuchni w jednej z gdańskich restauracji, kucharz z ponad 25-letnim doświadczeniem, gdy 13 marca rząd ogłosił, że od następnego dnia restauracje będą zamknięte.
14 marca była sobota. Półki w lodówkach i spiżarniach uginały się pod ciężarem produktów na weekend.

Kuchnie stały się podczas pandemii prawdziwymi polami bitwy. Ludzi dobrej woli i liczby inicjatyw nie da się zliczyć. Osoby prywatne i firmy wpłacały datki na ciepłe posiłki dla medyków albo fundowały obiady potrzebującym. Wolontariusze i taksówkarze rozwozili jedzenie.

Po kilku dniach przestoju kuchnia w restauracji Damiana wróciła do pracy na ćwierć gwizdka. Serwowali na wynos, piekli chleb, charytatywnie karmili kilkoro okolicznych seniorów i taksówkami wysyłali dania obiadowe do szpitali. Mimo to czasu wolnego Damian miał tak dużo jak nigdy.
– Dziś myślę, że pandemia była cudownym czasem dla ludzi, którzy chcieli dobrze go wykorzystać – mówi Damian. – Wszyscy się zagalopowaliśmy, za dużo pracy, za mało czasu dla rodziny i przyjaciół. Sam jestem pracoholikiem. Wybrałem trudny, niekiedy stresujący zawód, ale bardzo uzależniający.

W telefonie przechowuje zdjęcie z nabrzeża Motławy, które zrobił w drodze do pracy 8 kwietnia o godzinie 13. To była środa, słoneczny dzień i ani żywego ducha, miasto jak wymarłe.
– Nigdy jeszcze nie widziałem czegoś tak smutnego – przyznaje.
Dziś patrzy na przyszłość z optymizmem i stara się tym entuzjazmem zarażać innych.
– A co szef kuchni poleca na pandemiczny smutek?
– Mus czekoladowy albo puszystą kaszę manną z wanilią, skórką pomarańczy i konfiturą malinową.


Ania Igielska

Sierpień – Dziewczyna z żaglem

Przepadły: zgrupowanie w Hiszpanii, mistrzostwa Europy w Marsylii, około 40 treningów. Ania tradycyjnie jedną czwartą roku spędza poza domem. Koronawirus sprawił, że w szkole była tak częstą bywalczynią, jak nigdy dotąd. Poznajcie Annę Igielską – uczennicę II klasy IX Liceum Ogólnokształcącego w Gdańsku, zawodniczkę Gdańskiego Klubu Żeglarskiego, brązową medalistkę młodzieżowych mistrzostw świata w El Puerto de Santa Maria 2019 w windsurfingowej klasie Techno 293*. Ona jest naszą szansą na igrzyska olimpijskie w Paryżu w 2024 roku!

Dobowa liczba chorych na COVID-19 w Hiszpanii gwałtownie skoczyła z 600 do 1200 osób.
– Początkowo myślałam, że nie pojadę tylko na zgrupowanie do Hiszpanii, a po dwóch tygodniach życie wróci do normy – przyznaje Ania.
Nie wróciło. Trener rozesłał plany treningowe, a zaangażowanie zawodników sprawdzał zapisami czasu i pulsu, przesyłanymi z zegarków treningowych. Za przyrząd do ćwiczeń służył stół w salonie. Usportowili się rodzice, bo stali się partnerami treningowymi. Gdy już można było opuszczać dom, Ania biegała wokół bloku.
– Okazało się, że kiedy mieliśmy w domu tylko siebie, to bardzo się do siebie zbliżyliśmy – opowiada Ania. – Mój młodszy brat Szymon gra w piłkę nożną, wcześniej z powodu treningów zawsze się mijaliśmy, a w czasie izolacji spędziliśmy razem wiele czasu.
Jedno drugiemu przygotowywało na przykład śniadania (ach, te naleśniki!).

Po kwarantannie życie przyspieszyło. Dwa zgrupowania, regaty, plany na mistrzostwa Polski…
– Chcemy wierzyć, że październikowe mistrzostwa świata na jeziorze Garda we Włoszech nie zostaną odwołane.
A co do olimpiady… Ania ma szansę startować w nowej dyscyplinie olimpijskiej. Laikowi wystarczy wiedzieć tyle, że deska jest jeszcze bardziej latająca, osiąga prędkości do 100 kilometrów na godzinę, a zawodnik musi mieć na głowie kask.

* To młodzieżowa klasa windsurfingowa, powierzchnia żagla jest dostosowana do wieku zawodnika. 15-latka pływa z żaglem o powierzchni 7,8 m kw.


Michalina Kochanowska

Wrzesień - OSOBNO, ALE RAZEM

Michalina nie czekała, aż zaleje ją fala lęków. Pokój zamieniła w centrum warsztatowe, gdzie odbywały się sesje oddechowe, intuicyjnego tańca i śpiewu. Zapisała się też na zajęcia online łączące pilates, jogę i taniec, które prowadziła Dunka z Kopenhagi. Dzieliła się z kobietami tym, jak radzi sobie w izolacji. Wzięła udział w 24-godzinnym koncercie, w którym artyści z całego świata grali połączeni online każdy ze swego pokoju…
– Byliśmy osobno, ale razem. Dziwna kombinacja, połączenie samotności ze wspólnotą. To był dobry czas – mówi Michalina Kochanowska, która zajmuje się komunikacją marketingową, jest wolnym strzelcem i mamą 4-letnich bliźniaków. – Lubię się zatrzymać. Otworzyłam się na nowe perspektywy. Wróciłam do wartości. Pytałam się siebie, co jest dla mnie ważne. Zawsze marzyłam na przykład o obcowaniu z naturą, podczas pandemii udało mi się dużo czasu spędzać z dziećmi na zewnątrz.
Po lockdownie Michalina dostrzegła zmianę w sobie i innych.
– Zauważyłam, że biegliśmy na oślep. Świat kazał nam się zatrzymać i rozejrzeć wokół. I do wewnątrz siebie.

Pod koniec czerwca Michalina usłyszała, że właściciel sklepu rybnego z sąsiedztwa martwi się o opłacenie czynszu. Wyglądał na bezsilnego i zmęczonego. Człowiek z lokalnym biznesem potrzebuje naszej pomocy… – napisała na FB. Jej post udostępniono niemal 9 tys. razy, zgromadził prawie 700 komentarzy. W tym sklepie babcia zawsze w piątek kupowała dorsza na obiad – wspominała Elka. Trzymaj się Ziomek. Jutro będę po ryby – zapowiadał się Andrzej. Zobaczcie kochani, jak fajnymi ludźmi potrafimy być – cieszyła się Anna. Trzy dni później Michalina dziękowała: JESTEŚCIE WSPANIALI!!! Dzisiaj rybki rozchodziły się szybciutko…

– Odpaliła się we mnie ludzka pomoc i serce. I to przyniosło dobry skutek. To jest taki marketing, jaki chcę robić – mówi Michalina. Za dwa dni poprowadzi warsztaty z marketingu, który rodzi się z serca, a nie jedynie z chęci zaspokajania potrzeb i osiągania zysków.


Elzbieta Wójcicka

Październik - OCHOTNICZKA

– Taras pandemiczny zmienił wszystko – mówi Elżbieta Wójcicka, biolożka molekularna, od 27 lat pracująca w laboratoriach, być może jedyna osoba w mieście, która nawiązała relację z koronawirusem motywowaną ekscytacją.
Dlaczego taras zmienił wszystko? Bo krajobraz wciąż ten sam, od lat niezmienny – ściana drzew, buków i olch, staw i rzeka (w domyśle, bo brzegi są tak zarośnięte, że nurtu nie widać) – ale obramowanie tarasu włożyło ten pejzaż w ramę niczym obraz. Istne dzieło sztuki. Odkładana z roku na rok budowa tarasu przy letnisku na Kaszubach okazała się możliwa dzięki lockdownowi, który pana domu całkowicie pozbawił pracy zawodowej, ofiarowując wiele wolnego czasu.

Elżbieta początkowo nie dowierzała, że koronawirus dotrze do Polski.
– W 2002 roku też w Chinach wybuchła epidemia SARS. Był szum, a ostatecznie zachorowania ograniczyły się do Azji. Pomyślałam: znowu wiele hałasu o nic.
Przez ostatnie lata Elżbieta pracowała głównie przy mikroskopie, tymczasem jej specjalizacja, biologia molekularna, hołubi wirusy i domaga się pipety. Koronawirus sprawił, że na ochotnika wróciła do pipety. Miała poczucie misji i ani cienia strachu. W połowie marca zaczęła oznaczać materiał genetyczny wirusa pobierany od pacjentów.

Elżbieta przed pracą ubiera szczelny kombinezon. Buty z długą cholewką z tego samego tworzywa. Pierwszą parę rękawiczek (uszczelnioną w nadgarstkach taśmą pakową) i drugą parę rękawiczek. Na twarz maseczkę. Na głowę kaptur. Potem przyłbicę. Pot leje się po plecach.
Badań wciąż przybywało.
– Pracowaliśmy zdecydowanie intensywniej niż zwykle. Po pracy były jeszcze dyżury pod telefonem, a telefon wciąż dzwonił i trzeba było wracać do laboratorium. Nie było czasu, żeby zjeść i za mało, żeby się wyspać.

Jesienią liście buków przebarwiają się na żółto i rdzawo, być może trawy odsłonią brzeg Wierzycy. Byleby laboratorium nie pracowało znów w trybie ciągłym, bo na nic się zda ten taras pandemiczny.


Magdalena Kalasińska

Listopad - UWAŻNOŚĆ

Nie było home office w Ośrodku Interwencji Kryzysowej (OIK) Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Gdańsku. Zrezygnowano ze spotkań w cztery oczy, ale 12-osobowy zespół bez zmian pracował 24 godziny na dobę – telefoniczna pomoc psychologiczna i pedagogiczna, wsparcie społeczne, interwencje wyjazdowe we współpracy ze służbami. Hostel interwencyjny podczas pandemii zapełnił się znacznie szybciej niż zwykle.

Psycholożka i terapeutka z OIK Magdalena Klasińska uważa, że miała dużo szczęścia, bo wychodziła z domu do pracy.
– Praca dawała mi namiastkę normalności – mówi. – I spacery po lesie, jeszcze nigdy nie spacerowałam tyle po lesie.
Pierwszy raz święta wielkanocne Magdalena spędziła poza rodzinnym domem. Jej najbliższa rodzina mieszka 200 kilometrów od Gdańska. Wciąż pamięta ciszę na ulicy w Niedzielę Wielkanocną. Pandemia umocniła w niej marzenie – mały domek z ogródkiem.

Telefony w OIK wciąż dzwoniły, mimo pandemii problemy ludzi nie zniknęły, a dodatkowo pojawiły się nowe.
– Wielu osobom ciężko było odnaleźć się w izolacji, życie rodzinne na małej powierzchni bywało trudne, jeszcze innym doskwierała samotność. Dzwonili ludzie w różnym wieku.
– Czy pandemia miała jakieś plusy?
– Widzę po sobie, że doceniłam wartość małych, codziennych gestów, do których na co dzień nie przywiązywałam wagi. Okazuje się, że wspólne gotowanie obiadu czy rozmowy przy stole mogą być źródłem przyjemności.
– A co robić, jeśli wirus z podwójną mocą zaatakuje znowu?
– Dbać o siebie i innych. Prosić o pomoc, gdy jest potrzebna i być uważnym wobec ludzi wokół. Podczas pandemii odbieraliśmy bardzo wiele telefonów dowodzących, że ludzie wzajemnie się o siebie troszczą: Starsza sąsiadka potrzebuje lekarza; Chętnie pomogę w zrobieniu zakupów… Poczucie, że nie jestem sam, jest bezcenne!


Danuta Podgrodzik

Grudzień - WRACAJ DO DOMU

Minęło sześć tygodni, nim siódmy z kolei wymaz okazał się ujemny. Od siedmiu tygodni uznawana jest za ozdrowieńca, ale wszystkie objawy jeszcze nie ustąpiły. Mimo choroby, stresu i odpowiedzialności to właśnie podczas pandemii usłyszała najpiękniejsze słowa, których nie zapomni do końca życia.
Od współpracowników: Zostajemy.
Od najbliższych: Wracaj do domu.
Danuta Podogrodzka-Oleńko jest dyrektorką Domu Pomocy Społecznej „Polanki”.

Już w lutym w Polankach rozpisano dwa plany: A – ochrony przed zakażeniem i B – na wypadek wykrycia wirusa. 15 kwietnia wynik jednego z pracowników okazał się pozytywny. Dyrektor poinformowała zespół o stanie zagrożenia życia i zdrowia.
– Ja zostaję, czekam na waszą decyzję.
Wszyscy pracownicy pozostali w DPS.
– Doceniam ich odwagę i pracowitość, są wspaniali.
Nie zawiedli też przyjaciele. Były wspierające telefony, stała troska prezydenta miasta, dary od sponsorów, pomagali wolontariusze i wojsko, spisały się służby wojewody, panie z sąsiedztwa szyły maseczki, ludzie z całego kraju przysyłali pieniądze.

Na 77 mieszkańców Polanek zachorowało 45 osób i 13 pracowników – wszyscy, którzy zostali w placówce.
– Najtrudniejszy moment był wtedy, kiedy do szpitala wyprawialiśmy pierwszych 14 podopiecznych. Wszystkim mówiłam: Do widzenia i zapewniałam, że na nich czekamy, choć przecież nikt nie wiedział, jak będzie. Oni żegnali się tak, jakby nigdy już nie mieli do nas wrócić.
Po tym, jak chorzy pensjonariusze trafili do szpitala, dom przeszedł dezynfekcję, a zakażonych pracowników zastąpiło siedmiu zdrowych.
Danuta usłyszała od najbliższych, że ma wracać do domu.
– Mam wspaniałą rodzinę, to dało mi wielką siłę, że niezależnie od tego, co się dzieje, to moje miejsce jest przy nich.

Dyrektor broniła się przed szpitalem tak długo, aż wypłaciła pracownikom wynagrodzenie. Nie mogła już wówczas bez zadyszki przejść nawet trzech kroków.
– Koronawirus nauczył mnie pokory, radości z tego, co jest dzisiaj. Planuję, ale już tak nie gonię.


teksty: © Katarzyna Żelazek
portrety gdańszczan: © Piotr Połoczański
zdjęcia reporterskie: © Dawid Linkowski, Grzegorz Mehring, Dominik Paszliński, Jerzy Pinkas, Piotr Połoczański

Urząd Miejski w Gdańsku składa podziękowania gdańszczankom i gdańszczanom,
którzy podzielili się z nami swoimi pandemicznymi historiami

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies (naszych oraz naszych zaufanych partnerów: Google, Facebook) i podobnych technologii w celu świadczenia usług, dostosowania strony do indywidualnych preferencji użytkowników oraz w celach statystycznych, analitycznych i reklamowych. Korzystanie z naszej strony bez zmiany ustawień przeglądarki dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Ok, rozumiem.