Opisy miesięcy

Styczeń 2020

Styczeń – Przynależność (dawniej: duma z dziedzictwa)

Jest uśmiechnięty, pewny swego, a jednocześnie pełen otwartości. Widać, że czuje się na swoim miejscu. Na przechylonej głowie czapka obszyta futrem, spod którego wyglądają długie kręcone loki. W jednej ręce pełny talerz, w drugiej przedmiot przypominający szczypce do makaronu. Stopy w butach bez zapiętków układają się jak do tańca. Gdańszczanin podczas pracy na Długim Targu. 

Daniel Chodowiecki uchwycił jego sylwetkę podczas odwiedzin w dawno niewidzianym rodzinnym mieście w 1793 roku. Gdy po niedługim czasie ten uznany artysta wyruszy w powrotną podróż do Berlina, na ścianie jednego z podmiejskich zajazdów pozostawi napis „Adieu, mes Amis, adieu, ma Patrie”.

Ciekawe, czy żegnając się z ojczyzną, Chodowiecki miał na myśli Gdańsk, w którym spędził pierwsze siedemnaście lat życia, czy całą Rzeczpospolitą. Rok po pierwszym rozbiorze miasto jest jeszcze w obrębie polskich granic, ale to już ostatnie lata jego niezależności, którą gwarantowały mu przywileje uzyskane od polskich królów. Do bram puka kryzys, związany z odcięciem miasta od morza i Wisły, dwadzieścia lat później Prusy wchłoną je w swoje granice, a po następnych dwóch latach Polska na długi czas zniknie z mapy Europy. 

Gdyby nie brak czytelnego tła na rysunku, można by sprawdzić, czy w miejscu, gdzie osiemnastowieczny gdańszczanin zachwalał swoje potrawy, dziś też można zjeść coś dobrego. Dzięki internetowi nie jest tajemnicą, jak wielu z nas znajduje przyjemność w wyszukiwaniu starych zdjęć i rycin, odnajdywaniu miejsc na nich przedstawionych, porównywaniu z dzisiejszym ich kształtem. Pod przemianami przestrzeni kryją się zawiłe sploty losów, uczuć i idei. W ich rozszyfrowywaniu jest coś głęboko poruszającego: prawdziwa troska o miasto, miłość, duma… 

Jest uśmiechnięty, pewny swego, a jednocześnie pełen otwartości. Widać, że czuje się na swoim miejscu. Długie włosy z pasemkami rozświetlonymi słońcem spadają mu na czoło. W jednej ręce hulajnoga, w drugiej butelka z wodą. Prawa stopa wybija jakiś nieznany rytm. „Ja tu znam wszystkie place zabaw i wszystkie spożywcze. Mamy tu pocztę, aptekę, dentystę… wszystko. Babcia mieszka pięć minut stąd, a mój przyjaciel w tamtym bloku, na czwartym piętrze. Nigdy się stąd nie wyprowadzę”. Ma dziesięć lat i mieszka z mamą, tatą i dwojgiem rodzeństwa na Suchaninie, które za czasów Chodowieckiego było jeszcze odrębną wioską. Chodzi do czwartej klasy i niedługo dowie się o istnieniu pojęcia „mała ojczyzna”. Pojmie je w lot. 

My, współcześni gdańszczanie, żyjemy w mieście, które jest jednocześnie i nowe, i stare. To, co minione, współistnieje w nim z tym, co współczesne. Nazwy ulic, którymi się przemieszczamy, budynki, które mijamy, rysują w umysłach szkic jego historii. Podziwiamy stary Gdańsk wzniesiony z gruzów i zastanawiamy się, czy przy współczesnym tempie rozwoju zachowamy jego tożsamość. Wymawiając słowa „Tak, mieszkam w Gdańsku”, odczuwamy dumę i siłę płynące z poczucia przynależności i odpowiedzialności. 

Patrząc na dumne zabytki i oszałamiające rekonstrukcje, widzimy, że dziś to my jesteśmy duszą miasta.


Luty 2020

Luty – Otwartość

250 lat temu zakonnicy nazwali ją Drogą do Wieczności. Obramowana zielenią wodna promenada otwierała się na wody Zatoki Gdańskiej, zdając się prowadzić prosto do nich. Tak, w tej metaforze woda jest drogą.

Oliwa była wtedy małą podgdańską miejscowością, a przyklasztorny ogród nabierał pod kuratelą opata Jacka Rybińskiego kształtów znanych nam obecnie. Choć ogrodowy staw zdawał się zlewać z morską tonią, to z tej odległości nie można było zobaczyć statków sunących morskim szlakiem do gdańskiego portu. 

Mąż Olgi jest informatykiem, ona sama wprawną copywriterką. Choroba synka zmusiła ich do ucieczki przed warszawskim smogiem w miejsce, gdzie można swobodnie oddychać. Wybrali Gdańsk. Olga zakochała się w zimowych porankach na plaży. „Gdy stoisz na granicy pomiędzy piaskiem a wodą, jesteś tylko ty i morze. Nigdzie indziej nie doświadczyłam uczucia tak dojmującego odosobnienia i tak silnego połączenia ze światem”. 

Przyzwyczailiśmy się do morza tak bardzo, że często już nie zauważamy, jak ogromny ma na nas wpływ. Jest tu obok, groźne i pociągające, pełne obietnic i zagrożeń. Odsłania odległy horyzont i obiecuje więcej. Pozwala nam zanurzyć się w głąb siebie i otwiera na nowe. 

Tak tu przecież było zawsze. Przez miasto, stojące jak brama między polskimi ziemiami a morzem, przepływał nurt tysięcy ludzi i tysięcy idei. W tyglu zróżnicowanych poglądów, odłamów religijnych i sprzecznych interesów formowały się osobowości niebanalne, świadome własnej tożsamości i otwarte na świat. Studia na zagranicznych uczelniach, kontakty w całej Europie, bogate prywatne biblioteki i wszechstronne zainteresowania bezpośrednio przekładały się na intensywny rozwój miasta, tak samo jak rozwijana i doskonalona przez wieki strategia zachowania równowagi między integralnością a otwartością na ludzi i świat. 

Na początku 1574 roku do Gdańska przybywa wraz z rodzinami dwunastu tkaczy z niderlandzkiego miasta Eupen. Napływających z tamtych stron uchodźców gdańscy rzemieślnicy traktują jako zagrożenie dla swoich i tak niezbyt dochodowych interesów, związanych z produkcją tanich tkanin z wełny i lnu. Protestują przeciwko ich przyjęciu, ale rada miejska ma inne zdanie. Tkacze z Eupen szybko uzyskują zezwolenia na uprawianie swego rzemiosła i zaczynają robić to, co umieją najlepiej – tkaniny, jakie do tej pory sprowadzano tu wyłącznie z zagranicy. W ciągu niewielu lat Gdańsk stanie się silnym ośrodkiem sukiennictwa. W ślad za nim rozwinie się farbiarstwo i wzrośnie handlowa pozycja miasta.

Otwartość pozwala nam widzieć inaczej. W zderzeniu na pozór sprzecznych interesów zobaczyć okazję do własnego rozwoju. W konflikcie – szansę na dialog o tym, co dla nas ważne i na znajdowanie rozwiązań, które zaspokoją potrzeby wszystkich stron. W nieznanych ideach – intelektualne wyzwanie. W sobie – tysiące możliwości. A gdy czasem przestajemy tak widzieć, idźmy nad morze. Najlepiej rano.


Marzec 2020

Marzec – Poczucie wartości

Ludzie, gdy chcą zrozumieć lub przedstawić jakąś ideę, często nadają jej cechy ludzkie. Według metafory Marii Boguckiej, niestrudzonej badaczki historii naszego miasta, sercem Gdańska był port, a głową – Ratusz Głównego Miasta, siedziba rady miejskiej. W 1594 roku niderlandzki artysta Hans Vredeman de Vries otrzymał od niej zlecenie na dekorację ratuszowej sali, zwanej Salą Czerwoną. 

Do dzisiaj zachowało się sześć obrazów sztalugowych, ukazujących cnoty obywatelskie mieszkańców Gdańska. Na jednym z nich przedstawiono wolność.

Gdańsk czci wolność jako cnotę swoich obywateli. Gdyby wyobrazić sobie miasto jako człowieka, miałby on niewątpliwie silne poczucie własnej wartości. Nie „poczucie ważności”, budowane na władzy, sile i bogactwie. Poczucie wartości, które w wolności widzi więcej korzyści niż zagrożeń. 

Na obrazie Hansa Vredemana de Vriesa Wolność jest kobietą. Nie jest sama. Wspierają ją: Prawda, Rozum, Męstwo, Sprawiedliwość, Roztropność i Umiarkowanie. W rękach trzyma kodeks praw i palmę, symbolizującą nieugiętość i zwycięstwo. 

Wolność ma swój osobisty związek z poczuciem wartości. Gdy żyję w przestrzeni, w której mam prawo do działania, łatwiej mi budować pozytywny obraz siebie i mam wtedy pewność, że moje istnienie jest wartością. Gdy zaś niosę przekonanie o własnej wartości – tej niezależnej od siły, władzy, bogactwa i sukcesów – znacznie łatwiej jest mi sięgać po wolność. Wielu z nas już to wie, wielu wciąż się tego uczy.

W 2016 roku Marcin Gerwin zorganizował wydarzenie, podczas którego losowo wybrani mieszkańcy Gdańska, wspierani przez niezależnych ekspertów, rozstrzygali, jak lepiej przygotować miasto na opady ulewnego deszczu. Sformułowali osiemnaście rekomendacji, które miasto, zgodnie z zapowiedzią, zaczęło wdrażać w życie. „Panel obywatelski pozwala podejmować trafne decyzje w takim sensie, że odzwierciedlają to, czego mieszkańcy rzeczywiście chcą” – mówił Gerwin w wywiadzie dla „Polityki”. Udział w panelu był dla nich dowodem, że to oni – bez względu na stan wykształcenia i zamożności – są ludźmi, którzy potrafią podjąć decyzje najlepiej uwzględniające wspólne dobro społeczności.

„Nie jestem ani lepszy, ani gorszy od innych i nie ma nikogo na świecie takiego samego, jak ja. Jestem niepowtarzalny”. – tak pisze o poczuciu wartości psycholożka Agnieszka Stein. Przytacza badania, według których wspólną cechą ludzi szczęśliwych jest pozytywny stosunek do siebie. 

Maria przedpołudnia spędza w gdańskiej szkole wolnościowej, a wieczorami prowadzi terapię dla rodzin. „Przychodzą do mnie rodzice, którzy chcą, żeby ich dzieci były szczęśliwe i szukają rozwiązań w plątaninie współczesnych metod wychowania. Namawiam ich do tego, żeby zajęli się sobą. Żeby spojrzeli na siebie z miłością i zaufaniem. A potem wyprosili z domu wszelkie kary, nagrody, tablice motywacyjne i dali sobie wolność budowania osobistej relacji z dzieckiem. Nie ma dla dzieci lepszej metody wychowania niż kontakt z dorosłym, który siebie zna, lubi i akceptuje. Ze wszystkimi tak zwanymi zaletami i tak zwanymi wadami. To w takich okolicznościach mały człowiek buduje silne poczucie wartości i wolności osobistej, które w przyszłości oprą się wszelkim zewnętrznym szkwałom”.


Kwiecień 2020

Kwiecień – Odwaga – propozycja tekstu, wersja wciąż jeszcze dojrzewająca

Karolinka urodziła się w szpitalu przy ulicy Klinicznej przez cesarskie cięcie. Zręczne ręce gdańskiej lekarki, specjalizującej się w odbiorach bliźniąt, delikatnie i pewnie wyjęły ją na świat i położyły po drugiej stronie zielonej zasłony, przy policzku mamy. Jeszcze przed chwilą leżała tam Marianna, jej siostra. W parku Reagana, sześćset metrów od kamienicy, w której mieszka, Karolinka ma swój kamień i swoje drzewo – razem z siostrą i xxx dziećmi urodzonymi w Gdańsku w 2014 roku. Dziś Karolka ma już prawie sześć lat. 

– Jeśli na kimś mi zależy i uważam go za swojego przyjaciela, to czy mogę mu powiedzieć „nie”? – pyta mamę. – A co, jeśli go stracę? 

– Jeśli mówisz „tak”, choć myślisz „nie”, możesz stracić coś innego – kawałek siebie – odpowiada mama. 

– Skąd to wiesz, mamo? – pyta po namyśle Karolka. 

Judyta jest jedną z dziewięciu córek gdańskiego bankiera Simona Bahra i żoną burmistrza Johanna Speymanna – tego, któremu zawdzięczamy fontannę Neptuna. Każdy, kto przekracza próg wybudowanej przez Speymannów Złotej Kamienicy na Długim Targu, widzi umieszczoną na portalu łacińską sentencję. Według gdańskich przewodników świetlisty duch Judyty do dziś przemyka korytarzami kamienicy i każdemu, kogo spotka, szepcze do ucha: „Czyń dobrze, nikogo się nie lękaj”. 

Czy te słowa na fasadzie sprzed czterystu lat, napisane w języku, którego nikt już prawie nie używa, brzmią dziś zbyt patetycznie? Czy „nikogo się nie lękaj” jest tylko czczym hasłem, elementem gładkiego wizerunku bogatych, wpływowych gdańskich patrycjuszy sprzed wieków? Jakie znaczenie ma odwaga dla mieszkańca dzisiejszego Gdańska? 

Zwykle odwagę kojarzymy z wielkimi, bohaterskimi czynami – walką, poświęceniem życia, skokiem w głębię, gdy ktoś tonie, wejściem do płonącego samochodu na ratunek uwięzionym pasażerom. O takich zdarzeniach pisze się w gazetach, robi się o nich filmy. 

Odwaga ma różne oblicza. Antoniego Abrahama, uderzającego pięścią w stół, przy którym siedzieli premier Wielkiej Brytanii i prezydent Stanów Zjednoczonych, gdy podczas konferencji pokojowej w Paryżu w 1919 roku ważyły się losy Pomorza Gdańskiego. Siedemnastowiecznych gdańszczan, dumnie odmawiających Szwedom poddania miasta w imię wierności królowi i Rzeczypospolitej. Pawła Adamowicza, gdy zwołał zespół do prac nad Modelem Integracji Imigrantów, mimo nastrojów zupełnie temu niesprzyjających. 

Przed nami inna fasada – ściana Facebooka, wypełniona memami, maksymami i słowami mówiącymi nam, jak dobrze żyć. Takimi jak te, autorstwa Brené Braun, profesorki na Uniwersytecie Houston, słynnej dziś badaczki odwagi: „Ćwiczenie naszej odwagi, współczucia i umiejętności tworzenia więzi pozwala nam żyć pełnią życia”. 

Każdy z nas ma w sobie strach, który pozwala rozpoznać to, co dla nas trudne. Strach przed odrzuceniem, oceną, porażką. I każdy z nas ma w sobie pokłady wrażliwości i odwagi, by choć części z tych trudności stawić czoła. Tak samo jak Antoni Abraham i mała Karolka. Za każdym razem, gdy decydujemy się na to, co nie jest łatwe, wygodne, proste – wybieramy odwagę. To nasze codzienne, małe zwycięstwa. I nasz wpływ na ludzi i świat wokół nas.

Dla jednej osoby aktem odwagi będzie powiedzenie „nie” osobie, która jest dla niej ważna, dla innej – uratowanie psa uwięzionego na pasie zieleni pomiędzy wstęgami trasy szybkiego ruchu. 

Aktem odwagi jest powiedzenie szefowi, że jego decyzja nie jest słuszna, zabranie głosu podczas sąsiedzkiego spotkania, albo – po miesiącach nieznośnego milczenia – wyznanie współpracownikowi, że zupełnie nas nie śmieszą jego szowinistyczne dowcipy. Jest nim utworzenie stowarzyszenia chroniącego prawa dzieci lub skrzyknięcie ludzi do założenia domu sąsiedzkiego. Ale i zatrzymanie się zimą przy dziecku bez kurtki. Zapytanie kogoś, dlaczego jest smutny.

Profesor Philip Zimbardo, badacz dobra i zła, ten sam, który zaprojektował słynny eksperyment stanfordzki, jest także autorem Projektu Bohaterskiej Wyobraźni. Pokazuje w nim, że małe akty bohaterstwa i odwagi działają na zasadzie domina – im częściej o nich mówimy, tym częściej się zdarzają.

Ze ścian Facebooka wtóruje mu Brené Brown: „Za każdym razem, gdy wybieramy odwagę, sprawiamy, że wszyscy wokół nas są trochę lepsi, a świat – trochę odważniejszy”. 

Karolko, jaka będzie Twoja decyzja?

Judyto, nie ustawaj w swoich szeptach…


Maj 2020

Maj – Akceptacja (wcześniej: Tolerancja)

Robert kilka lat temu zupełnie zrezygnował z jazdy samochodem po mieście i przesiadł się na rower. „Wcześniej nie dałbym rady, to była prawdziwa bitwa. Teraz nareszcie się kończy. I mam poczucie, że żadna strona nie jest przegrana. Że nie tylko się tolerujemy, ale może nawet wzajemnie się akceptujemy? Kiedy jadę kontrapasem po jednokierunkowej ulicy, to już nie czuję się intruzem w miejskim ruchu, tylko pełnoprawnym uczestnikiem. Choć oczy mam zawsze dookoła głowy”.

– Nie mam nic przeciwko tobie, możesz tu sobie być. Nie jestem tobą zbytnio zainteresowana, ale też się od ciebie nie odwracam – mówi Tolerancja.

Krok dalej stoi Akceptacja: – Zależy mi na tobie, chcę cię lepiej poznać – odpowiada. – Jesteś taka inna, doświadczona, chcę cię zobaczyć, usłyszeć i zrozumieć. Chcę się tobą wzbogacić!

Kiedy nad Gdańskiem rozbrzmiewają melodie carillonu Ratusza Głównego Miasta, każde uderzenie w dzwon ais3 upamiętnia Jana Bernarda Bonifacia, markiza Orii i słynnego w Europie „włóczęgę reformacji”. Dźwięk z łatwością dociera do ulicy Wałowej, przy której wznoszą się budynki Polskiej Akademii Nauk Biblioteki Gdańskiej, kryjące jeden z najcenniejszych księgozbiorów w naszym mieście. Zaczyn tego zbioru to 1161 woluminów należących onegdaj do neapolitańskiego markiza.

„»Dzieciarnia« d’Orii wożona była w pięciu albo i więcej kontenerach – pisze Tadeusz T. Głuszko – załadowanych już to na pięć albo i więcej wozów lub łodzi (jednego roku spławiał się Renem z Lörrach do Strasburga). Była bodaj jedyną taką biblioteką na świecie”. Nie znalazłaby ona pewnie swej ostatniej przystani w Gdańsku, gdyby nie nieszczęśliwy wypadek. Żaglowiec, którym markiz Orii wraz z biblioteką (z którą nigdy się nie rozstawał) przybył do miasta, został staranowany i zatopiony przez inny statek. Księgi cudem wyłowiono i starannie osuszono. Niedługo potem zrujnowany markiz przekazał księgi radzie miejskiej w zamian za wikt i opierunek.

Ścigany przez inkwizycję wielmoża zapewne nigdy by do nas nie zawitał, gdyby nie potężna i nieubłaganie konsekwentna reformacyjna rewolta, którą blisko siedemdziesiąt lat wcześniej wzniecili przedstawiciele najniższych, nieuprzywilejowanych warstw miasta.

Gdańska reformacja była w swej istocie ruchem wolnościowym, dotykającym wszystkich sfer życia miejskiego i z wielką siłą oddziałującym na decyzje podejmowane przez kolejnych polskich królów. Postanowieniom o swobodach wyznania zawsze towarzyszyły postanowienia o swobodach obywatelskich. Ci, których głos nie był do tej pory słyszany i uwzględniany, otrzymywali więcej praw i mieli coraz większy wpływ na życie miasta. Na oczach zdezorientowanego patrycjatu dokonała się demokratyzacja miejskiego ustroju.

Dziś tworzymy jeszcze większą i bardziej różnorodną społeczność, składającą się z wielu odmiennych grup. Każdy z nas należy do przynajmniej kilku z nich. Jedni z nas są dziećmi, inni osobami w podeszłym wieku. Jedni z nas są zdrowi, inni chorzy. Różnimy się płcią i przynależnością religijną. Rozmiarem buta i seksualnością. Wykształceniem, upodobaniami kulinarnymi i osobistymi historiami. Kolorem skóry, sposobem ubierania, wybór środków transportu, z których korzystamy. 

Doświadczone wspólnoty niosą w sobie starą mądrość, że jednorodność jest prostą drogą do stagnacji i upadku. Im bardziej dostrzegamy różnorodność, im bardziej o nią dbamy i ją cenimy, tym mniej bitew staczamy codziennie i tym silniejsze tworzymy między sobą więzi.

Łatwiej nam patrzeć bez obaw na to, co nieznane, i – zamiast zagrożenia – widzieć w nim szansę na kolejne wzbogacenie. 


Czerwiec 2020

Czerwiec – Dbanie o naturę

Do pewnego momentu nie wyróżnia się zbytnio z tłumu klientów targowiska. Dobrze skrojona garsonka, buty na płaskim obcasie. Stoi przy stoisku z warzywami. Wyciąga z torebki woreczek przypominający kawałek firanki, jeden po drugim wkłada do niego soczyste pomidory i zaciska białym bawełnianym sznureczkiem. W kolejnej firance lądują ziemniaki, w następnej winogrona. 

– Uszyłam je. Z firany. Tak, ludzie potrafią się zdziwić, jak je widzą. Albo wahają się i przed ważeniem chcą je wkładać w folię. Przyzwyczaiłam się. Ale są też tacy, którzy pytają, gdzie je kupiłam, bo też by takie chcieli mieć zamiast stosu foliówek w domu. 

W okolicach godziny szesnastej ruch samochodowy na alei Zwycięstwa zagęszcza się, a na równoległej do niej ścieżce rowerowej widać więcej rowerzystów. Obydwa nurty miejskiego ruchu płyną w błogosławionym cieniu rzucanym przez korony wielkich lip. Rowerzyści nie mogą sobie pozwolić na rozproszenie uwagi, ale ślimacze tempo samochodów pozwala kierowcom na to, żeby błądzić wzrokiem po lipowych pniach i konarach. Jeśli dobrze się im przyjrzą, dostrzegą wystające z kory odłamki pocisków artyleryjskich z okresu drugiej wojny światowej. Początek historii lipowej alei sięga jednak czasów znacznie wcześniejszych.

W 1770 roku na miejscu dotychczasowej drogi między Bramą Oliwską a Wrzeszczem rozwinął się szeroki na trzydzieści metrów trakt, wzdłuż którego w czterech rzędach stanęło tysiąc czterysta szesnaście młodziutkich drzewek, sprowadzonych z Holandii. W połowie alei, w okolicach ulicy Smoluchowskiego, umieszczono później ogromny narzutowy głaz. To pomnik Daniela Gralatha, gdańskiego przyrodnika i burmistrza. To w jego wyprzedzającym czasy umyśle powstał projekt pierwszej baterii elektrycznej (sporządzonej z butelek lejdejskich) i idei Wielkiej Lipowej Alei (choć sam nigdy jej nie zobaczył). W 1896 roku na zielony trakt wjechały pierwsze tramwaje elektryczne, a w 1926 zbudowano na nim dwie ścieżki rowerowe! Część drzew została wycięta, część dosadzona, ale wciąż żyje blisko czterysta osiemnastowiecznych lip, karmiących nas tlenem i chroniących przed upałem coraz gorętszych letnich dni. 

W hierarchii ludzkich potrzeb, opisanej przez Abrahama Maslowa, potrzeby umieszczone na samym dole są najważniejsze. Niezaspokojone, wypierają resztę na dalszy plan. Co tam znajdujemy? Jedzenie, wodę, tlen, potrzeby seksualne. Na drugim poziomie znalazły się potrzeby związane z bezpieczeństwem: wygoda, spokój, wolność od strachu. Na trzecim Maslow umieścił potrzebę miłości i przynależności, na czwartym – potrzebę szacunku, a na piątym – najwyższym – potrzebę samorealizacji. Gdybyśmy mieli zdecydować, gdzie w tej hierarchii powinna się znaleźć dbałość o naturę, na którym poziomie byśmy ją umieścili?

Na liście inicjatyw zgłoszonych do tegorocznego Budżetu Obywatelskiego znalazło się niespodziewanie dużo projektów związanych z zakładaniem i ochroną zielonych publicznych przestrzeni. Do miejskich kawiarni przychodzą ludzie z własnymi kubkami na kawę i rozmawiają o zjawisku deficytu natury. Wielbiciele smoothies żądają papierowych słomek. Rodzice wypytują w sieci o leśne szkoły i przedszkola. Pracodawcy premiują pracowników jeżdżących rowerami. Powstają pierwsze sklepy, w których produkty sprzedaje się luzem – bez opakowań. Właściciele straganów nie podnoszą już brwi na znak zdziwienia widokiem woreczków uszytych z firanki.

Jak długo przetrwają drzewa, które zasadzimy w tym roku wspólnie z sąsiadami? To naprawdę zależy od nas. 


Lipiec 2020

Lipiec - Zaangażowanie (Wpływ)

Aut nie słychać, ale są za to ptaki. W okolicach miejsca ogniskowego zaczynają się gromadzić ludzie, starszy mężczyzna z wprawą układa stos drewna. Na łące obok leżą maty do jogi, na których kilkanaście wyprostowanych postaci zastygło w pozycji drzewa. W cieniu, obok wiklinowych wigwamów, intensywne prace ziemne prowadzone są… przez gromadę dzieci w różnym wieku. 

– Franek, chodź, zbieramy się do domu – młoda kobieta nachyla się nad kilkulatkiem metodycznie wtykającym patyki w długi wał uformowany z ziemi. Po dłuższej chwili chłopiec podnosi głowę, zdziwiony. – Mamo! Teraz? Nie, mamo, my tu przecież robimy schron! 

Podczas niesterowanej przez dorosłych zabawy dzieci często osiągają stan maksymalnego zaangażowania, który w psychologii jest określany mianem flow. Niehamowane perspektywą zewnętrznej ingerencji, zanurzają się w świat działania i stwarzania. Dzielą się zadaniami, negocjują. Stawiają sobie wyzwania, jakim są w stanie sprostać, i wręcz stapiają się z tym, co robią. Poznają słodycz satysfakcji czerpanej z wpływu na rzeczywistość i poczucie osobistej mocy płynącej z samodzielności i współdziałania. Od takiej zabawy trudno je oderwać.

Dyskusja mamy z Frankiem toczy się w przestrzeni Podleśnej Polany, rozciągającej się na trzech hektarach w obrębie Parku Jaśkowej Doliny. Park założył Jan Labes, filantrop i senator I Wolnego Miasta Gdańska. Po zasadzeniu tu drzew, zbudowaniu altan i promenady udostępnił w 1803 roku teren mieszkańcom Gdańska. Tak powstało miejsce odpoczynku, zabaw i festynów, które po przekształceniu w las komunalny prawie zupełnie straciło swój potencjał. W 2012 roku grupa gdańszczan przyjęła zaproszenie rady dzielnicy do współpracy nad zmianą tego kawałka bliskiego im świata na lepsze. Wspólnie zaprojektowali miejsce, które przyciągnęło ludzi, wypełniło się zabawą i wręcz promieniuje radością – z taką siłą, że już niedługo po drugiej stronie Jaśkowej Doliny powstanie siostrzana Sobótkowa Polana. Ma tam między innymi powstać parkiet do tańca o wielkości 120 m2.

Gdańskie cechy i gildie były małymi, dobrze zorganizowanymi wspólnotami, opartymi na współpracy i – często – wzajemnej pomocy. W czasie karnawału w ich władanie przechodziły ulice, stając się przestrzenią zabaw, korowodów i niezwykłych tańców. Zespół kuśnierzy mistrzowsko wykonywał niezbyt dziś poprawny politycznie taniec zwany moreską. Gromada rzeźników odtwarzała swój elektryzujący układ, którego najmocniejszym punktem było potrząsanie toporami. Szyprowie wzbudzali ekscytację, wykonując skomplikowane figury z obnażonymi mieczami w dłoniach. Choć nie tańcem i korowodami zajmowali się na co dzień, by zarobić na życie, 

to jednak swoją energią i zaangażowaniem zmieniali gdańskie ulice w przestrzeń, która przyciągała w czasie karnawału gości z całej ówczesnej Polski.

W jakich warunkach najlepiej rozwija się zaangażowanie? Tam, gdzie jest miejsce na słuchanie, mówienie i relacje. Takie warunki możemy tworzyć wspólnie. W takich przestrzeniach łatwiej nam poczuć chęć działania i moc z niego płynącą. A flow, radość i zabawa? To tylko kwestia czasu. 


Sierpień 2020

Sierpień – Solidarność

Dla Dominiki pierwszym skojarzeniem ze słowem solidarność jest konkretny obraz. Siedzi na ramionach taty, lekko się kołysząc, a przed oczami ma morze głów zwróconych w jedną stronę. Pamięta wyraz twarzy idącej obok mamy i obezwładniające poczucie wzruszenia i ekscytacji. W tle majaczy ceglany budynek, w którym dziewięć lat później rozpocznie licealną edukację. A co jest drugim skojarzeniem? – Zdziwię Cię – odpowiada. – To jest coś takiego, kiedy wieczorem stoję w długiej kolejce do kasy w markecie, moje dziecko rozpacza, bo nie zgadzam się na kupienie kolejnej gumy do żucia. Dopada mnie złość, zaczynam krzyczeć i wtedy tak jakoś łagodnie odzywa się do mnie starszy człowiek, mówiąc, że popilnuje mi miejsca. Mogę odejść z dzieckiem na bok i je po prostu przytulić, zamiast odreagowywać zmęczenie na tym, kogo najbardziej kocham”.

W słowniku łacińskim solidus to „trwały, całkowity, obejmujący całość”. Francuskie zwiewne solidarité oznacza wzajemną odpowiedzialność i wspieranie. Socjolog Piotr Sztompka pojęciem solidarność obejmuje gotowość do współpracy z osobami, które zaliczamy do kategorii „my”, poparcia ich i niesienia im pomocy.  

Kto dziś stanowi dla nas kategorię „my”? Częścią jakiej wspólnoty się czujemy? 

Jedno z setek praw regulujących życie w dawnym Gdańsku obligowało browarników, by piwo przez nich warzone rozlewali wyłącznie do beczek wytworzonych przez gdańskich bednarzy.  Bednarze spoza Gdańska widzieli w tym zapisie głęboką niesprawiedliwość, niemniej łatwo nam dziś w nim dostrzec element wypracowanego przez lata systemu współpracy pomiędzy członkami miejskiej wspólnoty. 

W poczcie dawnych gdańskich cnót obywatelskich, stojących na straży dobrobytu miasta, próżno szukać solidarności. Skłonność do współpracy i pomocy tym, których uważamy za swoich, określano wtedy innym mianem. O tym, że „zgodą małe państwa rosną, niezgodą wielkie upadają”, przypominał gdańszczanom napis na Bramie Długoulicznej, zwanej dziś powszechnie Złotą. Potrzebę współpracy, życzliwości i współodpowiedzialności za miasto symbolizowała widoczna z daleka figura Zgody, spoglądająca ze zwieńczenia Bramy na ulicę Długą.  

Bogato zdobioną Bramę, wskazującą zgodę jako jedno ze źródeł powodzenia miasta, wzniesiono w 1612 roku według koncepcji Abrahama van den Blockego. Cztery wieki później, w 2019 roku, Gdańsk otrzymał Nagrodę Księżnej Asturii w kategorii Concordia (Zgoda), przyznawaną za obronę praw człowieka, promocję i ochronę pokoju, wolności i solidarności. 

Częścią jakiej wspólnoty czujemy się więc dziś my, gdańszczanie? Definicja solidarności skupia się na tym, co łączy ludzi. Brak w niej odniesień do tego, co zewnętrzne. Może dlatego, że tylko od nas zależy, kogo obejmujemy kategorią „my”. Może to być wspólnota, która nie ma granic. 


Wrzesień 2020

Wrzesień - Kreatywność

Ciężkie wiklinowe kosze powoli płyną Kanałem Raduni i miejską fosą, by dotrzeć w okolice kościoła św. Trójcy. Tam przechylają się, opróżniając ładunek, i w tym samym tempie wracają na zbocze Biskupiej Górki, by ponownie napełnić się piaskiem. Biskupia Górka oddala się, za to powoli przybliża się Bastion Przedmiejski. Gdańszczanie będą go od teraz nazywać Bastionem Wijbego, upamiętniając w ten sposób wynalazcę pierwszej na świecie kolejki linowej o wielu podporach. Kolejki, która stanęła tu na początku XVII wieku. 

„Osobliwym musi być miasto, które trudno porównywać z jakimkolwiek innym, a przecież 

takim jest prastary Gdańsk” – napisał kiedyś Jerzy Samp. Tak, żyjemy w mieście pięknym i jedynym w swoim rodzaju, budzącym zachwyt i podziw. Mieście, o którym można by pomyśleć, że wymaga wyłącznie troski i ochrony tego, co już zostało stworzone. Że jest dziełem zamkniętym – zaprojektowanym i wykonanym przez twórców o niedosiężnym potencjale. Od tej myśli blisko do ograniczającego przekonania, że siła kreacji jest przywilejem wybrańców.

Wąska i zwykle pusta ulica Bosmańska prowadzi od Szerokiej do Świętego Ducha. Oczom poszukujących rozrywki marynarzy, wkraczających na podwórko jednej ze stojących tam kamienic, ukazywała się przedziwna konstrukcja – zestaw ustawionych pod różnym kątem luster, z których najwyższe umieszczone było na wysokości dachu, a najniższe kierowało odbite słoneczne promienie prosto do wnętrza mieszczącej się w suterenie marynarskiej knajpy, noszącej nazwę „Tam, gdzie słońce świeci odbitym światłem”. Na ulicy Bosmańskiej powietrze musiało być przesiąknięte nieszablonowym myśleniem – w czasach, kiedy pobliski szacowny Wielki Żuraw przestał już służyć miastu jako dźwig, mieszkańcy tej ulicy bez oporów używali jego przewiewnych przestrzeni do suszenia bielizny osobistej.

Karola kiedyś pracowała w szkole, dziś prowadzi w Oliwie swoje autorskie zajęcia. „Na początku, kiedy dzieci są tu po raz pierwszy, nie bardzo mogą się odnaleźć, czekają na instrukcje. Kiedy już trochę się oswoją, wciąż przychodzą pod koniec zajęć i pytają, jak im poszło. O co one tak naprawdę pytają? Myślę, że o to, czy zaspokoiły moje oczekiwania. Dopiero gdy upewnią się, że ich nie mam, pojawia się miejsce na autentyczną radość, przyjemność i kreatywność. Cieszę się, że mogę im w tym towarzyszyć”.

Kreatywności nie da się nauczyć, bo… wszyscy ją mamy. Najczęściej jest jednak wymagająca i delikatna. Nie znosi oczekiwań – i tych zewnętrznych, i tych skierowanych wobec siebie. Blednie na myśl o ograniczeniach – takich jak np. finanse. W kontakcie z niską samooceną udaje, że nie istnieje, a jej zaprzysięgłymi ciemiężycielami są dokładność, perfekcja i strach przed popełnieniem błędu. Kurczy się i traci moc, gdy na końcu drogi majaczy nagroda, kara lub perspektywa oceny.  Rośnie i rozkwita, karmiona przyjemnością, tańcem, ruchem, muzyką, sztuką, poznawaniem ludzi, kultur i smaków. Tak jak i my.


Październik 2020

Październik - Przedsiębiorczość

Wieczorami był tu niezmiennie tłok, ruch i taki gwar, że nawet jeśli egzotyczne ptaki umieszczone w zwisającej z sufitu zdobionej klatce przejawiały jakieś wokalne talenty, nikt nie miał szans się nimi zachwycić. Sam ich widok z pewnością wywierał spodziewane wrażenie na gościach, którzy zjawiali się tu po raz pierwszy, tak samo jak majestat i powaga bijące od mebli, ścian, posągów i licznych obrazów przedstawiających scene. Jednak nawet wielki Sąd Ostateczny, niedwuznacznie wskazujący grzechy sprowadzające ludzi na skraj otchłani, nie powstrzymywał zgromadzonych tu każdego wieczoru kupców i armatorów przed łamaniem podstawowego prawa obowiązującego w pełnym przepychu wnętrzu: zakazu omawiania interesów.

Zakaz omawiania interesów? – Wolne żarty – uśmiecha się delikatnie Fortuna, stojąca na szczycie fasady Dworu Artusa. Tam, gdzie jest gwar, ruch i przepływ, gdzie ludzie mogą się realizować bez ograniczeń, tam przedsiębiorcza natura człowieka nie daje wziąć się w karby, lecz znajduje najlepsze warunki do rozkwitu. Gdy Dwór – należący przecież do Bractwa św. Jerzego – kiedyś spłonął, miasto odbudowało go z własnych pieniędzy. Musiał być naprawdę ważny.  

W 2014 roku w przestrzeni Dworu Artusa przedstawiciele Muzeum Historycznego Miasta Gdańska z dumą zaprezentowali publiczności XIX-wieczny obraz Kupiec Gdański pędzla Louisa Sy. Ów wspaniały nabytek wzbudził ekscytację nie tylko ze względu na swoją wartość, ale i sposób jego sfinansowania – przez muzeum we współpracy z lokalnym browarem. Rzecz ta nie mogłaby się pewnie wydarzyć, gdyby nie osiągnięcia jednego z dawnych gdańskich przedsiębiorców, który z sukcesem łączył biznes z działalnością naukową.
Zarządzał browarem, posiadał własną cegielnię, drukarnię, szlifiernię szkła i warsztat miedziorytniczy. Był inspektorem cechów i rajcą. Hodował cytryny, konstruował zegary wahadłowe, urządzenia „do spoglądania zza murów bez wyglądania za nie” i teleskopy. Utrzymywał zażyłe kontakty z naukowcami i królami. Był w ciągłym ruchu. Nie stronił od ryzyka. Dbał, żeby jego odkrycia były znane w całej Europie i stawały się dla niego źródłem dochodów. Sposób działania Jana Heweliusza zgadza się co do joty z umieszczaną dziś w podręcznikach definicją człowieka przedsiębiorczego, burząc stereotyp introwertycznego, oderwanego od realiów uczonego.
– To był dobry czas. Nikt chyba nie przypuszczał, jak bardzo na połączy – mówi Monika. W salach produkcyjnych zakładu ślusarskiego musiała wtedy panować niepokojąca cisza. Wszyscy zgromadzili się przy stole w ciasnej jadalni. Spisali to, co dla nich ważne. Arkusze zawisły na ścianach, nie zdjęto ich do dziś. Na każdym wśród wielu słów powtarzają się cztery te same: satysfakcja, odwaga, otwartość i partnerstwo. – Do tej pory było dla nas jasne, co robimy – dodaje Monika. – Teraz wiemy dlaczego. Co sprawia, że chcemy działać razem. 

Odwaga, otwartość, partnerstwo. To te idee przyświecały twórcom średniowiecznych dworów Artusa, zainspirowanym legendą o królu Arturze i formułą okrągłego stołu. Dziś te same idee stoją u podstaw innowacyjnych przedsiębiorstw, w których na pierwszym planie widzi się ludzi: ich cele, wartości, potencjał i to, co powstaje w wyniku ich zetknięcia. W ten sam sposób można  patrzeć na miejski organizm – wielkie przedsięwzięcie, którego najważniejszymi uczestnikami jesteśmy my – jego mieszkańcy. 


Listopad 2020

Listopad - Gotowość na zmianę

Z początku wyglądało na to, że wszystko pójdzie sprawnie, ale pierwsze, datowane na 1866 rok, pismo, które nadburmistrz Winter wysłał w tej sprawie do pruskiego króla Wilhelma I, pozostało bez odpowiedzi. Gdańskie fortyfikacje były potężnym symbolem niezależności Gdańska. Od wieków chroniły mieszkańców przed atakiem z zewnątrz, stanowczo zakreślały obszar gdańskich praw i porządku. Pierścień masywnych wałów i bram był jak materialna definicja miejskiej społeczności – nie było cienia wątpliwości, kto jest swój, a kto obcy. A teraz pojawiał się pomysł, żeby te jasno ustanowione granice zrównać z ziemią!

Leopold von Winter dopiero od 3 lat był nadburmistrzem, a już większość gdańszczan zdawała sobie jasno sprawę, że pod jego opieką Gdańsk zmierza w nowym kierunku i że na tej drodze nabiera nieznanego dotąd tempa. (Jeśli ktoś z ówczesnych wciąż w to powątpiewał, rozbiórka licznych późnogotyckich i barokowych przedproży, zdobiących do tej pory ulicę Długą, stała się wystarczającym dowodem). Ale fortyfikacje!? 

29 lat od rozpoczęcia Winterowskiej krucjaty przeciwko miejskim wałom, po tysiącach godzin prac i pełnych emocji dyskusji nad koncepcją zagospodarowania nowej miejskiej przestrzeni rozpoczęła się oficjalna rozbiórka zachodniej ściany nowożytnych fortyfikacji. Miasto wzięło głęboki oddech… 

Tożsamość przestała trzymać się czytelnie wytyczonych granic. Rozmazał się zbudowany w przeszłości obraz świata. To, co zewnętrzne, znalazło się niebezpiecznie blisko. Zamknięta struktura zmieniła się w strukturę otwartą. Perspektywa rozwoju jest tak szeroka, że widok może obezwładniać. Podobnymi słowami można opisać to, co czuje człowiek decydujący się na zmianę. Mogę się zmienić, mogę działać inaczej, ale czy dalej będę sobą? 

Janek działa na trójmiejskim rynku coachingu. Pamięta, że jako dziecko nie znosił zmian, a jego rodzice wciąż mu je fundowali. – Dziś ta szkoła, jutro tamta. Dziś jedno miasto, jutro inne. Dziś lekcje szermierki, jutro klasa skrzypiec. Byłem tym zmaltretowany – wspomina. Do dziś nie jestem typem człowieka, który radośnie reaguje na zmiany. Ale jeśli chodzi o to, jak sobie ze zmianą radzić, żeby wyszło na dobre, to jestem teraz specjalistą. I uczę tego innych. Zapachnie banałem, ale jednak to powiem: jedyną stałością, jakiej w życiu doświadczamy, jest zmiana. Trudno się na tym nie oprzeć – śmieje się.

Celem nadburmistrza, który swoim uporem zburzył gdański ład, była nowa jakość miasta: szerokie ulice, nowoczesne systemy kanalizacji i wodociągów miejskich, brukowane trotuary, nowe mosty, domy i połączenia kolejowe. Cenne przedproża oraz potężne a symboliczne fortyfikacje nie potrafiły mu w tym przeszkodzić. W latach sześćdziesiątych XX wieku Everett Hagen stworzył koncepcję osobowości innowacyjnej, przedstawiając ją jako wytwór i wymóg społeczeństwa nowoczesnego. Działający 100 lat wcześniej Leopold von Winter jest tej osobowości idealnym przykładem: wziął odpowiedzialność za świat, w którym żył, bez lęku przed tym, by wywierać na niego wpływ; a gdy rzeczywistość budziła jego krytykę, szukał rozwiązań i wprowadzał je w życie. 


Grudzień 2020

Grudzień - Odpowiedzialność

„Każdy rodzaj kontaktu z Twoim miastem, poprzez ludzi, zainteresowania, wspominanie tego, co było, czy myślenie o tym, co będzie, buduje Waszą relację. A relacja, dobra i mocna, jest oznaką miłości” – czytamy na blogu „7 zdjęć z Gdańska”, którego twórca z wrażliwością i otwartością opisuje swoją osobistą relację z ukochanym miastem.

Potraktujmy te słowa jako zaproszenie. W poszukiwaniu śladów odpowiedzialności tramwajem udajemy się na dawne gdańskie przedmieścia – do Wrzeszcza. Wysiadamy na przystanku Politechnika. Nie, nie opuszczajmy go od razu. Zatrzymajmy się tu na chwilę. 

Z miejsca, w którym stoimy, bierze początek majestatyczna oś widokowa, prowadząca między koronami uformowanych w szpaler drzew ku strzelistym kształtom Gmachu Głównego Politechniki Gdańskiej. Nieco dalej, na północ od tej zapierającej dech w piersiach miejskiej kompozycji, przycupnęło osiedle o zupełnie innym charakterze. To tylko kilka minut drogi i wejdziemy w wąziutkie, kameralne uliczki z dwoma szeregami przytulonych do siebie niskich ceglanych domków o regularnych fasadach. Ten sam układ drzwi wejściowych, takie same łuki nad otworami okiennymi, ten sam kształt daszków nad mansardowymi oknami. Świat trochę jak z bajki.

Agata ma 36 lat i jeszcze na ostatnim roku studiów zaczęła pracę w biurze architektonicznym. Kiedy jeździła na zajęcia i miała więcej czasu, wysiadała z tramwaju na innym przystanku, żeby choć przez chwilę znaleźć się w tym cichym, bezpiecznym miejscu z innego wymiaru. Czasem szła Własną Strzechą, innym razem Wróblewskiego. Ich klimat wciąż jest dla niej inspiracją. Pięć lat temu urodziła Lilę. – Odpowiedzialność zawsze kojarzyła mi się z obciążeniem – mówi Agata. – Z zakresem obowiązków i wezwaniem na dywanik, jeśli się z nich nie wywiążę. Z zupełnie innej perspektywy pokazała mi ją Lila. Patrząc na nią, taką nową i bezbronną, poczułam po raz pierwszy jak to jest, kiedy coś jest naprawdę dla mnie ważne. Jak wiele ode mnie zależy, jak istotny jest mój wpływ. Najpierw ta myśl mnie przytłoczyła. Potem poczułam lekkość i siłę. 

W drugiej połowie XIX wieku szybko rozwijający się gdański przemysł przyciągał do miasta rzesze ludzi, na których czekała praca i bardzo trudne warunki mieszkaniowe. Osiedle ceglanych domków jest dziełem fundacji założonej z woli i funduszy Henryka Abegga, gdańskiego kupca i przedsiębiorcy, który znaczną część swojego majątku przeznaczył na budowę tanich domów dla gdańskich robotników. Kolonię Abegga można postrzegać w kategoriach bezinteresownego i pięknego gestu gdańskiego filantropa. Lecz gdy bliżej przyjrzymy się jego postaci, widzimy głęboką osobistą odpowiedzialność człowieka wobec ludzi i miasta. 

Odpowiedzialność może być sposobem patrzenia na świat. Lub decyzją o osobistej, żywej relacji z tym, co nas otacza. Pojawia się wtedy, gdy coś uznajemy za bliskie i ważne. To może być człowiek, rodzina, najbliższa przestrzeń, idea, przedsięwzięcie, miasto, planeta… Zaczynamy dostrzegać swój na to wpływ, obdarzamy uwagą konsekwencje swoich działań i słów, a gdy poniesiemy porażkę – szukamy nowych, lepszych rozwiązań. Poznajemy wtedy ludzi, z którymi łączą nas te same wartości, i – krok po kroku – wspólnie tworzymy kulturę odpowiedzialności.

– Jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś – powiedział Lis do Małego Księcia. Czy miał na myśli to, że autentyczną motywacją do odpowiedzialności nie może być strach? Że jest nią miłość? 


Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies (naszych oraz naszych zaufanych partnerów: Google, Facebook) i podobnych technologii w celu świadczenia usług, dostosowania strony do indywidualnych preferencji użytkowników oraz w celach statystycznych, analitycznych i reklamowych. Korzystanie z naszej strony bez zmiany ustawień przeglądarki dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Ok, rozumiem.